Original

Historia jednej zapomnianej wody

Niewiarygodny i miażdżący odjazd – usłyszałem, jak woda eksplodowała, gdy ryba przebiła taflę i bez zwracania na mnie uwagi popędziła prosto w stronę drzewa. W tej samej chwili, z wędką wygiętą do granic możliwości, cofam się, trzymając mocno kołowrotek.

Jeśli istnieje idealny czas na połów ostrożnych ryb, to jest to maj – moja ulubiona pora roku, przynajmniej z perspektywy wędkarskiego umysłu.

Minął dokładnie tydzień odkąd wróciłem z pierwszej dłuższej wyprawy, a już planuję kolejną—choć prawdę mówiąc, plany na maj snuję niemal od końca poprzedniego sezonu. Staram się wcisnąć w ten miesiąc jak najwięcej dłuższych wypadów z nadzieją, że trafię w ten właściwy moment, odpowiednią temperaturę wody—że po prostu będę we właściwym miejscu o właściwym czasie. Ryby tuż przed tarłem tracą ostrożność, a niektóre sztuki można złowić tylko w tym krótkim okresie, nie wspominając o ich wadze.

Czy to właśnie teraz się wydarzy?

Czy to jest ten właściwy moment?

Czasami marzę, żeby mieszkać tuż obok jakiegoś lepszego łowiska. Zazdroszczę wędkarzom, którzy mają Orlík, Łabę czy Dyję dosłownie pod domem. Vysočina w tym sensie jest martwa – wszędzie daleko, a przy braku informacji każda wyprawa to trochę loteria. Loteria, której szanse znacznie pogorszyła sytuacja z zeszłego tygodnia, gdy mieliśmy incydent ze strażą rybacką. Duża część miejsc odpadła z gry.

Więc dokąd się wybrać? Michal może tylko na południowe Morawy, i to dopiero w piątek po pracy. Wszystko jest przeciwko nam – ale musimy coś wymyślić.

Ja wolę rzekę, on woli wodę stojącą. Jeśli już mam jechać nad stojak, to tylko na jakiś mały, ukryty akwen. On najchętniej od razu na dolny zbiornik systemu Novomlýnskiego, znany jako D5. I tak zaczyna się karuzela pomysłów i dyskusji. On to optymista, ja raczej realista z nutą pesymizmu. Pierwszy naciska na D5, ale ja nie chcę ryzykować szukania miejsca na zatłoczonym brzegu, problemów z biwakowaniem – i do tego mam alergię na stojaki pod wędkami. Kolejna propozycja to Bulhary, ale z powodu CHKO i ograniczeń biwakowych również ją odpuszczamy. Po trzech dniach burzy mózgów zwycięża ujście Jihlavy i Svratki – ryby z środkowego zbiornika (dawniej oznaczanego jako D6) na pewno tam wpływają – a ja mam moją rzekę. Ostatecznie udaje się też przesunąć wyjazd – Michal zwalnia się już w czwartek po pracy. A ja, dzięki ograniczonemu trybowi, kończę już w środę, więc mam całe czwartkowe przedpołudnie na spokojne pakowanie.

Cicha alchemia połowu

Długo zastanawiałem się, co i w jakich ilościach zabrać, ale ostatecznie stawiam na sprawdzone pewniaki. Pierwsze wiadro wypełniam po brzegi wszystkimi rozmiarami legendarnej przynęty na duże ryby – Odyssey XXX. Do drugiego mieszam to, co łowi najlepiej, bez dwóch zdań Pacific Tuna. Na wszelki wypadek dorzucam kilka dodatków do tuningu, w tym liquidy, i nie zapominam o szerokiej gamie pop-upów.

Jak wspomniałem w poprzednim artykule, lubię delikatnie modyfikować swoje kulki proteinowe – co daje mi praktycznie nieograniczone możliwości przynęt i zanęt, bez potrzeby taszczenia ze sobą masy różnych rodzajów karmy. Podczas pakowania uświadamiam sobie, że brakuje mi ziaren, więc gotuję jeszcze 2–3 kilo orzecha tygrysiego i zalewam go betainą. Teraz jestem naprawdę w pełni gotowy.

Chwilę po czternastej przyjeżdża Michal. Jak zawsze – wszystko szybko do auta, dokupić parę rzeczy i ruszamy. Droga autostradą D1 jest długa i wyboista, nie ma co się rozwodzić – ta trasa znana jest w całej Europie. Ale dajemy radę i w końcu docieramy nad wody południowych Moraw.

I teraz zaczyna się prawdziwa zabawa. Przez lasy i rozjeżdżone drogi polne – torujemy sobie drogę nad Svratkę. Nasz wybór ucieszyłby niejednego miłośnika off-roadu albo czołgistę. Gdy w końcu dostrzegam most nad rzeką, wiem, że jesteśmy blisko. Serce mi mocniej bije – ale tylko do chwili, gdy się rozejrzę. Pełno ludzi. Dokąd wzrok sięga. Może gdzieś jeszcze dałoby się coś znaleźć, ale nie o taką wędkarską przygodę mi chodzi.

Jedziemy dalej nad rzekę Jihlavę – ale tam historia się powtarza. Próbujemy szczęścia wyżej pod prąd, ale miejsce nas nie przekonuje. Wchodzi więc plan B – spróbować przy ujściu górnego zbiornika systemu Novomlýnskiego, znanego wśród wędkarzy jako D7.

Wracamy więc z powrotem tym samym off-roadowym koszmarem w stronę cywilizacji i zjeżdżamy ku ujściu. Ale jeśli przy środkowym zbiorniku było tłoczno, to tutaj dzieje się coś nie do opisania. Cały odcinek aż do Drnholca oblepiony jest biwakami i dużymi namiotami. Ludzie piją, grillują. Wokół pola pełne samochodów – trudno byłoby je zliczyć

Obawiam się, że to tylko zaostrzy i tak już napiętą sytuację. I że nikt już nigdy nie połowi tu spokojnie. Tylko co teraz?

Podczas jazdy wzdłuż zatłoczonej wody zaczyna się klarować plan C…

Plan „C”

Michal od lat jeździ nad jedno zapomniane, mniejsze łowisko. Nie jest co prawda tuż obok, ale prawie nikt tam nie zagląda, a spokój panujący na miejscu jest bezcenny. Wokół piękna natura – i oczywiście kilka zapomnianych karpi. Wiemy, że to może być łowisko „na jedną rybę”, ale każdy karp z tego miejsca, zbliżający się choćby do 10 kg, będzie równie cenny jak 25-kilogramowiec z dolnego zbiornika Novomlýnskiego.

Odcinek rzeki z powalonymi drzewami i gęstą roślinnością – typowy dla zapomnianych łowis

Nad wodę docieramy dopiero wieczorem, wyraźnie zmęczeni. Miejsce, które mieliśmy na oku, jest – zgodnie z przewidywaniami – wolne, więc możemy zaczynać rozkładanie obozu. W kilka chwil, niemal z automatu, a może i trochę mechanicznie, stawiamy schronienia i przygotowujemy wędki. Dopiero teraz, gdy o tym myślę, uśmiecham się do siebie – mam ten sam system od lat. Wszystko rozstawiam dokładnie tak samo – zawsze śpię w tym samym miejscu, każda część sprzętu ma swoje stałe miejsce. Tak to lubię. I to ma sens – uporządkowany system bardzo pomaga, zwłaszcza gdy się spieszymy albo działamy po ciemku.

W ostatniej chwili, przy resztkach światła, wybieram dwa miejsca na zestawy. Ze względu na naturalny charakter tego łowiska, to prawdziwy raj – wszędzie powalone drzewa i wystające z wody pnie. Jedyny minus, a może i plus, to głębokość – po latach zamulania łowimy w miejscach, gdzie jest ledwie 30–50 cm wody. Muł jest czarny i intensywnie śmierdzi.

Na pełnym wyczerpaniu

Pierwsze miejsce dla lewej wędki wybieram przy powalonym drzewie na przeciwległym brzegu, jakieś 60–70 metrów. Druga wędka idzie pod podmyty brzeg naprzeciwko. Oba miejsca są dobre, ale to przy drzewie budzi we mnie większe zaufanie. Do tej wędki przygotowuję zestaw z usztywnionej plecionki Synx Stiff Coated Braid Dark 25 lb i haczyka Wide Gape Straight w rozmiarze 6. Ciężarek wybieram najlżejszy, jaki mam – 64 g. Nawet PVA nie pomoże tu na ekstremalne błoto.

Na haczyk zakładam jedną osiemnastkę Pacific Tuna, lekko zbalansowaną połówką pop-upa o tym samym aromacie. Żeby przynęta wyróżniała się na śmierdzącym mule, całość moczę w dipie Pacific Tuna. Dorzucam trochę peletek do PVA i mam nadzieję, że lekki ciężarek zapadnie się tylko w miękką wierzchnią warstwę osadu. Z zaklipowaną żyłką całość leci prosto pod drzewo.

Widok rzeki z powalonym drzewem – miejsce, gdzie odbywało się ryzykowne łowienie tuż przy przeszkodzie.

Michal mówi, że za bardzo ryzykuję, ale ja ufam swojej strategii – zestaw leci ostro, ledwie metr od powalonego drzewa. Hamulce dokręcone na maksa, wędki ustawione jak najbliżej namiotu – chcę sięgnąć po nie niemal z łóżka. Druga wędka, z podobnym zestawem, ale na plecionce Coretex Matt 25 lb, uzbrojona jest w kulkę Equinox, którą od kilku miesięcy trzymam w Liquidu Hot Chorizo. Sama, zabezpieczona PVA siateczką, ląduje przy drugim brzegu. Pod drzewo dorzucam jeszcze dwie garści Pacifica z kobry i kompletnie wykończony idę spać.

Jest dziesiąta wieczorem i jestem tak zmęczony, że ledwo trzymam oczy otwarte. Myślę, żeby zwijać zestawy – i tak do północy nic się nie wydarzy. Powoli się decyduję… I właśnie wtedy odzywa się lewa wędka. A raczej „odzywa” – sygnalizator świeci i może raz pisnął, ale przy hamulcu skręconym na maksa wędka wygina się jak łuk. Szybko ją chwytam i bez zwijania cofuję się od drzewa, trzymając piękną parabolę. Po kilku odjazdach w gałęziach ryba opuszcza przeszkodę i wyciągam ją na otwartą wodę.

Holowanie jest mocne i płynne. Trudno jeszcze ocenić rozmiar, ale czuję, że coś jest nietypowo. Zresztą – która ryba zachowuje się normalnie w takiej płytkiej, mulistej wodzie? Przy podbieraku wszystko się wyjaśnia – Pacific skusił niemal metrowego suma. Skoro wędka już jest na brzegu, rozważam, żeby ją tylko oprzeć, wyciągnąć też drugą i po prostu iść spać. Sumy i tak już pewnie wszystko tu wylizały.

W końcu się przemagam i rzucam zestaw z powrotem. I dobrze robię. Pół godziny później, krótko po jedenastej wieczorem, kolejny odjazd – znowu na lewą wędkę. Już po holu wiem, że to karp. I to nie byle jaki. Hol jest płynny i mocny, ryba przemyka mi pod nogami i nadal nie mam pojęcia, z kim walczę. Po kilku zdecydowanych odjazdach wchodzi w drzewo przy moim brzegu. Na szczęście gałęzie są tylko na powierzchni, więc udaje mi się go wyjąć, prowadząc szczytówkę przy dnie.

W końcu go widzę – piękny, długi pełnołuski. W świetle czołówki trudno ocenić wagę, ale na pewno ma ponad 7 kg. Świetny połów w tak krótkim czasie na tak wymagającym łowisku.

W końcu mam go w podbieraku i chcę mu się dobrze przyjrzeć. Ale za każdym razem, gdy na niego świecę, szaleje tak, że prawie rozrywa siatkę. Prawdziwy dzikus. Wyskakuje z taką siłą, że przez chwilę jest cały nad wodą – jak amur, którego podebrało się za pierwszym razem. Kładę go na matę i od razu wiem – jest naprawdę długi i solidny. Z pewnością więcej niż 7 kg – oceniam na 10. Nawet nie muszę mierzyć – mata ma dokładnie metr i ryba ma tyle samo. A waga? Dla pięknej równej liczby – równe 11 kg. Piękna, silna ryba.

Staram się nie męczyć karpia – wszystko odbywa się szybko, przy włączonej kamerze, i zaraz potem z powrotem do wody.

Karp powoli odpływa, a ja nawet nie próbuję zarzucać – od razu składam też drugą wędkę. Ironia? Jeszcze chwilę temu przysypiałem na siedząco – a teraz nie mogę zasnąć. Zrobiła to adrenalina.

Rano budzik dzwoni o czwartej, ale nie radzi sobie najlepiej – wygrzebuję się ze śpiwora dopiero, gdy zaczyna świtać, mniej więcej godzinę później. Tak jak wczoraj, wszystko wraca na swoje miejsce, tylko przynętę wymieniam na świeżą. Na zewnątrz chłodno, a te kilka godzin snu to zdecydowanie za mało, więc wracam do śpiwora z nadzieją, że jeszcze trochę nadrobię.

Tyle że ryby mają inne plany.

Nie mija nawet godzina, a znowu odzywa się wędka przy powalonym drzewie – czas na kolejnego karpia. Tym razem znacznie mniejszy, ale za to znacznie bardziej szalony. Karp szuka przeszkody za przeszkodą, a ja wyciągam go z każdej po kolei, aż w końcu ląduje przy podbieraku. Tam jeszcze chwilę się kręcimy, zanim się podda – i jest mój. Znów pełnołuski, na oko 5–6 kilo. Szybko go odhaczam i wypuszczam z powrotem.

Wędka znów ląduje pod drzewem, a ja próbuję jeszcze trochę pospać. Ale nic z tego. W ciągu godziny kolejny odjazd. Tym razem hol ledwo wyczuwalny – pewnie leszcz. A tu niespodzianka: całkiem przyzwoity karaś.

Jest dla mnie jasne, że z dosypiania już nic nie będzie. Robię więc sobie śniadanie i zastanawiam się, jak wycisnąć z tych płycizn jeszcze jakieś karpie w ciągu dnia. Bo w dzień zazwyczaj nie są tu zbyt aktywne.

Podczas tych rozmyślań zaczyna mnie jednak rozpraszać jeden konkretny dźwięk, który z każdą chwilą coraz bardziej mnie niepokoi. Od wczesnego rana słychać chlapanie dookoła. A po odgłosach i rozmiarach… wygląda na to, że karpie zaczęły tarło!

Widok na brolly i otaczającą przyrodę o świcie nad rzeką – chwila ciszy przed przebudzeniem dnia.

Teraz pytanie – dopiero zaczynają, czy już kończą?

Czy warto jeszcze łowić, czy już czas ruszać dalej?

Podczas tych rozważań i przygotowywania kawy znów odzywa się wędka spod drzewa. Kolejny mniejszy karp, na oko jakieś pięć kilo. Sprawa jasna – zostajemy!

Miejsce przy drzewie to po prostu strzał w dziesiątkę. Tylko co zrobić z drugą wędką?

Powinienem też rzucić go w to produktywne miejsce, czy spróbować czegoś zupełnie innego?

W końcu wybieram drugą opcję i nęcę miejscówkę naprzeciwko, pod przeciwległym brzegiem, około kilogramem orzecha tygrysiego. Spróbuję szczęścia na zestaw Chod. Nawet jeśli karpie teraz się nie żerują, ciekawość to ich słaby punkt. Wystarczy, że przepłyną obok.

Czekając na branie, wreszcie kończę pisać artykuł z poprzedniej wyprawy, a jednocześnie już notuję ten obecny. Ta wolna chwila bardzo się przydała. Czas umilam sobie fotografowaniem otaczającej przyrody. Po prostu idealnie relaksujący dzień. Wszędzie cisza, tylko czasem jakiś dźwięk z lasu lub nieba.

Siedzę sobie spokojnie, obserwując wodę, gdy nagle słyszę ten charakterystyczny szelest. Ruszające się ryby. I zbliżają się. Powoli, ale nieubłaganie.

Stopniowo zbliżają się do nas zza zakrętu. Dopiero gdy są tuż przed nami, odkrywamy prawdę o karpiach w tarle…

Sumy podczas tarła wzburzają powierzchnię rzeki, tworząc wiry i fale. Surowe, potężne widowisk

To nie karpie, tylko sumy. I z pewnością nie małe.

Ocierają się o siebie i powoli suną przez płyciznę jak powolne, ciężkie kłębowisko gigantycznych węży. Długie ciała, falowanie wody, moc. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Po prostu stoję, wpatruję się, a w głowie pustka – jestem absolutnie oniemiały z zachwytu.

Kiedy sumowy orszak przetoczy się i tafla znów się uspokoi, z nieba jak na komendę pikująco spada Rybak, znika pod wodą, by zaraz potem wzbić się z powrotem w górę. Jakby i on nie chciał przegapić tego widowiska.

Wokół wszystko tętni życiem. Kumkanie żab, gruchanie grzywaczy – natura oddycha pełną piersią. Ten kontrast życia pod i nad wodą wciąga mnie głębiej, niż się spodziewałem.

Zimorodek lecący nisko nad taflą rzeki w porannym świetle – błysk kolorów przecinający ciszę.

To jest raj

Bez ruchu, w uniesieniu, oddaję się temu pięknu. Czuję, jak staję się jego częścią – tu i teraz, w tym kawałku świata, gdzie wszystko ma sens. To ten moment, dla którego warto żyć. I choć szukam słów, żadne nie oddają tego dość dobrze.

Z tej ciszy wyrywa mnie po chwili dźwięk sygnalizatora. W końcu odzywa się też druga wędka. Karpik jest mniejszy niż poranny karaś, więc mam powód, by coś zmienić. Ściągam też drugą wędkę i szykuję nowe zestawy.

Jestem zadowolony z zestawu, ale zwiększam haczyk z rozmiaru 6 do 4 – nie chcę ryzykować spięcia ryby w zaczepach. Wszystko gotowe, obie wędki ponownie lądują przy powalonym drzewie. Jedna bliżej korony, druga bardziej przy brzegu. Obie znów „na ostro”. Donęcam jeszcze Pacificiem. Gotowe. Teraz już tylko czekać.

Jakby tego naturalnego widowiska było mało – tuż obok mojego schronienia bóbr próbuje wspiąć się na brzeg. Gdy widzi, że to się nie uda, spokojnie płynie wzdłuż mojego brzegu… i przy okazji ściąga mi żyłkę. Niesamowite.

Bóbr sunący po spokojnej tafli rzeki o zmierzchu – cicha sylwetka na tle gasnącego światła.

Wraz ze zmierzchem nadchodzi delikatny deszcz, a ja siedzę w bivaku, z tabletem w dłoni, kończąc ten artykuł i czekając na nocną rybę. Chwilę temu miałem opad na prawej wędce, ale ryby już nie było. Siedzę, słucham kropel uderzających o dach bivaka i kątem oka obserwuję izotopy w sygnalizatorach. Może jeszcze się poruszą.

Przed nami ostatnia godzina łowienia. Z ciemności dochodzą odgłosy ryb – częściowo karpie, ale w większości sumy.

Mam nadzieję, że jeszcze coś się wydarzy.

Torpeda

Jest 23:20 i znowu to się dzieje – wieczór to najwyraźniej czas na większe ryby. Jeszcze chwilę temu siedziałem na łóżku i pisałem te słowa – i nagle cięcie i zaczyna się masakryczna walka. Oczywiście znów na lewą wędkę przy drzewie – jakżeby inaczej. Wędka wygięta jak łuk, chwyciłem ją bez wahania. Ale to, co nastąpiło, to zupełnie inna liga. Niewiarygodna, niszczycielska siła – słyszałem, jak eksploduje powierzchnia wody, gdy ryba ją rozcina, i bez względu na wszystko leci prosto w drzewo. W tej samej chwili, z wędką ugiętą do granic możliwości, cofając się trzymam szpulę kołowrotka. Nie mam szans – siła jest szalona. Puls pewnie mam z 200, i mimo że pada, nic nie czuję. Nie ma to znaczenia – teraz rządzi adrenalina.

Ryba ciągnie tak mocno, że zmusza mnie do zrobienia kilku kroków w jej stronę. Nagle uwalnia się z powalonego drzewa i pędzi w kierunku kolejnej przeszkody – plątaniny gałęzi i drzewa w wodzie po mojej stronie. To chyba jeszcze gorsze. Wpływa za drzewo, a ja z końcówką wędki pod wodą próbuję ją przeprowadzić pod gałęziami i jednocześnie wyprowadzić z wodnych przeszkód. Udaje się – ale od razu wjeżdża w kolejne drzewo, kilka metrów ode mnie. Prawie każda ryba mi tam wjechała. Ale teraz już wiem, jak ją stamtąd wyciągnąć!

W jednej chwili wszystko się zmienia. Ryba pod gałęziami zaczyna wariować – i już wiem, że mam do czynienia z potworem zbliżającym się do 20 kilogramów. Ogromna głowa i ciało pojawiły się na moment przy powierzchni, wśród gałęzi – i w tym przypadku zdecydowanie lepiej było tego nie widzieć. Trzęsę się jak liść i modlę się, żeby wszystko wytrzymało.

To może być karp mojego życia! Ta wyprawa jest niesamowita!

Wciskam się w wędkę z całej siły, żyłka przeskakuje z gałęzi na gałąź i powoli się uwalnia. Ryba przebija się na wolność – gdzie do cholery jest ponton?! Dlaczego nie mam go tutaj, gdy wszystko jest na szali?!

Ryba jeszcze kilkakrotnie rozrywa powierzchnię wody swoim potężnym ciałem, łamiąc pod ciężarem ostatnie splątane gałęzie

Dokładnie w momencie, gdy już niemal czuję smak zwycięstwa… wędka nagle wiotczeje w dłoni. I wszystko się kończ

Nie! Cholera, dlaczego?! Tak blisko – brakowało już tylko odrobiny.

Gęste drzewo zwalone do wody – schronienie dla ryb i zarazem zdradliwa przeszkoda podczas holu.
Drzewo przeznaczenia

Zniszczony i wyczerpany wyciągam zestaw z wody. Przypon nie wytrzymał – pękł pod naporem. Nie dziwię się – karp dał z siebie wszystko i przeciągnął mnie przez każdą przeszkodę, jaką miał pod płetwą. Reszta zestawu, włącznie z klipsem ołowiu, to ruina – klips dosłownie przecięty na pół. Nie wiem nawet, ile to wszystko trwało. Siadam na łóżku z uczuciem, którego nikt nie chce doświadczyć.

Ledwo usiadę, drugi Delkim się rozświetla, a wędka znowu się wygina. Wciąż roztrzęsiony chwytam kij i cofam się od ryby. Ten zestaw również był przy drzewie. Hol nie jest aż tak agresywny, ale ryba próbuje dokładnie ten sam numer. Skoro nie udało się przy jednym drzewie, od razu pędzi do tego przy moim brzegu. Znów wplątuje się w gałęzie – i wygląda na to, że ją też stracę. To się nie dzieje naprawdę…

Żyłka przeskakuje po kilku gałęziach – i napięcie zanika. Nie, tylko nie to! Zestaw się zaklinował. Próbuję delikatnie go uwolnić – i nagle znów rusza.

JEST! NIE SPADŁ!!!

Karp jest już na otwartej wodzie, a ja bez wahania dociskam wędkę. Nie mogę się zawahać – nie mogę pozwolić mu wrócić do przeszkód. Walczymy na kilku metrach w prawdziwym starciu sił. Ryba tryska energią, a ja amortyzuję każdy jej atak jedynie pracą wędki – użycie hamulca byłoby zbyt ryzykowne. W końcu prowadzę go nad podbierak i kończę ten pojedynek.

Jest dokładnie północ. Lepszego zakończenia łowienia nie dało się wymarzyć.

Druga ryba to może nie olbrzym – waży nieco poniżej siedmiu kilogramów – ale to przynajmniej mała rekompensata. Michał robi kilka szybkich zdjęć i karp wraca do wody.

Wędkarz z 7-kilogramowym pełnołuskim karpiem złowionym nocą pod zwalonym drzewem.

Zwykle nawet nie robię zdjęć takim rybom. Większe wypuszczam bez ważenia i fotografii. Ale ta – wiem już teraz, że należy do tej historii. Nawet jeśli gra drugoplanową rolę, to na pewno nie bez znaczenia.

Opieram wędki o bivvy i idę spać. Budzik jak zwykle ustawiony na czwartą. Ale spróbuj zasnąć po czymś takim… Mnie się to udaje dopiero po godzinie. Rano o czwartej dzwoni budzik, a ja jestem całkiem wykończony. Na zewnątrz pada deszcz i nie chce mi się nic. Przekładam budzik na piątą – może będzie lepiej.

Nie jest. Kolejnego budzika już nawet nie ustawiam – po prostu odpływam.

Jest siódma rano i w końcu czuję się jak człowiek. Gra się zaczyna.

Przygotowuję nowe zestawy i znów posyłam je w stronę drzewa. Pierwszy znowu bliżej przeciwległego brzegu – a drugi, cóż. Trafiam prosto w drzewo tuż przed sobą. Albo przesunął się znacznik na żyłce, albo po prostu machnąłem wędką za mocno. Próbuję uwolnić zestaw – i dokładnie w tym momencie, gdy pęka żyłka, pęka też gałąź. Razem z zestawem spada do wody.

Trudno. Kręcę nowy zestaw i wysyłam go z powrotem – tym razem na pewniaka. Wędki gotowe, idę zrobić sobie śniadanie. Pogoda pod psem. Cały czas tylko pada i pada.

Po spokojnym i przyjemnym śniadaniu robię sobie kawę i rozmyślam nad ironią tej chwili.

Żebyś wiedział – prawie za każdym razem, gdy jestem na rybach i robię sobie kawę, mam branie. Zdarza się to tak często, że aż dziwne. Próbowałem znaleźć w tym jakąś logikę albo schemat, ale nic. Może to po prostu kwestia czasu – kiedy jem śniadanie, kiedy piję kawę… nie mam pojęcia.

Ironia losu w praktyce. Dokładnie jak to przed chwilą napisałem – ledwo biorę kawę do ręki, znowu to samo.

Sprzęt gotowy do uchwycenia historii znad wody i prosto z serca, aparat, odsłuch i kawa w bivvy wędkarza Specimen Hunter. To tutaj powstają treści, które oddychają.

Nie pojmuję. Te ryby chyba to wyczuwają, albo naprawdę żerują w tym samym czasie co ja 😃.

Ryba wygina wędkę tak, że aż zapiera dech. Powtarza się ten sam scenariusz – cofnięcie się i utrzymanie ryby na granicy przeszkody. Karp tak bardzo próbuje się w nią wbić, że kilka razy wyskakuje ponad powierzchnię. Potem gwałtownie rusza w prawo – i tym razem udaje mu się dostać do przeszkody. Mimo to udaje mi się go wyciągnąć. A potem nagle – wpada prosto w gałąź, którą przed chwilą oderwałem, i na której nadal wisi mój zestaw i dwanaście metrów fluorocarbonu, którego używam zamiast strzałówki.

Zaczynam więc holować karpia wraz z gałęzią, która ma ponad dwa metry.

Niewiarygodne. Ale gdyby to było proste, to pewnie byłoby nudne, co?

Kiedy karp jest już jakieś 15 metrów od brzegu, postanawia – jakżeby inaczej – ruszyć prosto do tej dobrze znanej przeszkody. Tak, znowu do tego drzewa. I to z gałęzią i zestawem, które ciągnie za sobą. To nie może się dobrze skończyć. W gałęziach szaleje jak wariat, gałęzie lecą, woda pryska.

Na szczęście – i z odrobiną szczęścia – po pewnym czasie udaje mi się uwolnić karpia. Co więcej – nadal ciągnie za sobą tę gałąź. Dopiero przy brzegu się z niej uwalnia i daje jeszcze kilka zrywów na pożegnanie.

To wszystko, proszę bardzo, dzieje się w największej ulewie. A ja oczywiście bez peleryny. Po prostu nie dał mi szansy się przebrać 😃.

Na końcu jego droga kończy się w podbieraku. Na przemoczone ubrania zakładam pelerynę i idę go uwolnić. Piękna, umięśniona ryba. Osiem kilo, żadnego brzucha. Czysta siła.

Zbliżenie na łuskowate ciało karpia o wadze 8 kg po wymagającej walce

Pstrykam tylko kilka detali, bo nadal mocno pada, i odsyłam piękność z powrotem do wody. Szybko przygotowuję nową przynętę i chcę zarzucić, ale teraz się nie da. Deszcz jest zbyt intensywny i bez PVA nie zaryzykuję. Gdy tylko trochę ustaje, biegnę zarzucić. Rzucam wędką i z niemym podziwem patrzę, jak zestaw leci… i leci… i leci… i nie przestaje.

Jak głupi w tym pośpiechu i emocjach zapomniałem założyć klipsa na żyłkę.

Więc jeden zestaw wrócił, a drugi teraz kołysze się w koronie drzewa. Przeklinam siebie, jaki jestem głupi. Siadam na łóżku i wiążę wszystko od nowa. I właśnie w tej chwili odjeżdża drugi kij – i już kiedy do niego skaczę, wiem, że się spóźniłem. To była dokładnie ta sekunda, której potrzebował karp. Kiedy już trzymam wędkę, ryba szarpie się na skraju zwalonych gałęzi i próbuje się pozbyć zestawu.

Muszę teraz przyznać się do głupiego błędu. Do dzisiejszego rana łowiłem na ciężarki odpadające, ale mam przy sobie tylko cztery w rozsądnej gramaturze. Przygotowując się, nie przyszło mi do głowy, że będzie tyle brań – a teraz wszystkie są już w wodzie. To pewnie był powód tej straty. Gdy karp pozbywa się obciążenia, może zerwać zestaw na przeszkodzie albo się zaplątać i uwolnić. Ale jeśli ciężarek zostaje, to może mu pomóc – szarpnięciem głową albo w połączeniu z przeszkodą sam wybije zestaw.

Trzymam więc rybę na granicy drzewa, tak jak niektóre poprzednie. Tańczy w miejscu, wyskakuje. Wędka jest wygięta w pełen łuk, a ja tylko czekam, co pierwsze puści. Ryba jest większa i silniejsza niż poprzednia, i wiem, że jej nie utrzymam. Nie mogę dać jej nawet milimetra żyłki, a jednocześnie nie mam szans jej zatrzymać.

Dzieje się to, co nieuniknione. Karp się uwalnia. A ja przegrywam.

Ale to też jest częścią tego wszystkiego.

Nie potrafię ocenić, na ile skutecznie udaje mi się przekazać wam emocje tej opowieści. Ale nawet gdybym był w tym mistrzem, uwierzcie – to nic w porównaniu z tym, co naprawdę czujecie, łowiąc na tak trudnej wodzie.

Gdy trzymasz metrowe torpedo na granicy przeszkody, żyłka napięta w powietrzu jak struna, wędka wygięta do granic możliwości w literę U, a ryba przed tobą skacze w miejscu jak agresywny pitbull na łańcuchu, próbując za wszelką cenę dosięgnąć tych kilku centymetrów do drzewa, gdzie czuje się bezpiecznie.

Wszystko sprowadza się do tego, co wytrzyma. Albo co puści.

Brutalna masakra.

Po prostu siła przeżycia.

Koncert

Jak już wiecie, w poprzednich dniach karpie brały tylko nocą i rano. Teraz, najprawdopodobniej z powodu zmiany pogody, wszystko się zmieniło. Deszcz znacznie osłabł, a branie goni branie. Ryby nie są duże – ważą około 4–5 kg – ale ich waleczność jest niesamowita.

Zbliżenie na pełnołuskiego karpia położonego na macie po walce na trudnej wodzie.

Dziś również tracę więcej ryb – dwie albo trzy na pewno. Zawsze spadają chwilę po braniu. Nie wiem dlaczego. Wszystko jest tak samo, nic nie zmieniałem. Na szczęście odsetek wyholowanych wciąż jest znacznie wyższy, a wszystkie zahaczone ładnie w kąciku pyska. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić.

Brania więc trwają, a nawet intensyfikują się w momencie, gdy przestaje padać. Kilka razy branie następuje od razu po zarzuceniu. Poranny deszcz zastąpił silny wiatr, który pcha wodę prosto na moje drzewo – i to prawdopodobnie jest powód tego rybiego koncertu.

Myślę, że to najlepsza zasiadka, jaką miałem w ciągu ostatnich dwóch–trzech lat.

Po południu, gdy wiatr słabnie, aktywność ryb też się zmniejsza i w końcu mam okazję trochę odpocząć. Jestem wykończony – takie tempo pasuje raczej do zawodów niż do relaksu nad wodą. Mogę się cieszyć, że wszystko to dzieje się za dnia. Pamiętam jedną zasiadkę sprzed około czterech lat, gdy podobny masakra miała miejsce w nocy. Ryby brały po zmroku i przestały dopiero rano – chwilami nie nadążałem nawet z zarzucaniem. I podobnie jak teraz, były to ryby od 7 do 16 kg. Nad ranem poważnie rozważałem, że oprę kije o bivvy i odpuszczę. Ale nie da się.

Idę więc chwilę odpocząć i kontynuować pisanie tych słów. Najpierw jednak przygotowuję komplet nowych zestawów na wieczór, włącznie z zapasowymi. Teraz co prawda aktywność ucichła, ale nocą spodziewam się, że znów się zacznie. Wszystko przygotowane, artykuł aktualny do tego momentu – i teraz czekamy.

Po siódmej wieczorem deszcz ma powrócić – i tym razem ma być mocniejszy. Początkowo planowałem zakończyć wędkowanie już dziś z powodu prognozy, ale patrząc na przebieg całej wyprawy, zostaję do jutra. Wierzę, że ta decyzja się opłaci.

Deszcz

Jest krótko po siódmej, a prognoza się sprawdza. Krople deszczu początkowo padają łagodnie – wygląda to tylko na lekką mżawkę. Ale ta mżawka nagle nabiera na sile i zamienia się w porządną ulewę.

Dwie wędki skierowane w stronę wzburzonej deszczem rzeki, ujęcie z wyprawy wędkarskiej w niesprzyjających warunkach pogodowych.

Nie muszę wam teraz mówić, kiedy nadszedł ten oczekiwany odjazd. Oczywiście – w najgorszym możliwym momencie! Może powinienem zacząć spać od razu w płaszczu przeciwdeszczowym. Znów pędzę do wędki i znów to samo – jedno drzewo, drugie drzewo, wędka wygięta w literę „U”. W minutę jestem cały przemoczony, a ryba przeskakuje z jednej przeszkody do drugiej.

Tym razem to prawdziwy wojownik – za nic nie chce podejść do brzegu. Jedyne, co udało mi się zobaczyć, to że to pełnołuski. A jego płetwa ogonowa? Daje mi nią ostro popalić. Od podbieraka odjeżdża mi z dziesięć razy i za każdym razem muszę lekko odpuścić hamulec – inaczej bym go urwał, tych krótkich odjazdów mój Horizon już nie wytrzymuje. W końcu się męczy i udaje mi się go podebrać. Pięknie zbudowany pełnołuski, i mimo sześciu kilogramów – prawdziwy dzikus.

Wędkarz trzyma karpia o wadze 6 kg złowionego w deszczu podczas wymagającej wyprawy.

Szybko, jeszcze w deszczu, zarzucam zestaw z powrotem i znikam pod schronieniem. Zobaczymy, czy ten odjazd zapoczątkował nocną akcję. Na zewnątrz nadal leje, więc zostaję w płaszczu przeciwdeszczowym i patrzę na szczytówki przez „skrzynkę pocztową“.

Przed nami ostatnia noc tej wyprawy. Może jeszcze pojawi się jakiś mohikanin – i tym razem to ja wygram. Czas płynie powoli, a na zewnątrz ciemno jak w worku. Deszcz momentami się nasila, a krople uderzające o mój schron zamieniają się w ogłuszający łoskot.

Nowa sorta

Licząc każdą minutę z boku obserwuję końcówki wędek. Huk deszczu zaczyna być przygnębiający, powoli staję się ofiarą zmęczenia, a czas ciągnie się ślimaczym tempem. Na chwilę spuszczam wzrok z wędek i tylko kątem oka dostrzegam światło sygnalizatora. Deszcz teraz tak mocno bębni, że zagłusza nawet dźwięk brania – jedyną wskazówką jest światło.

Szybko, w świetle czołówki, ostrzę wzrok na szczytówki i w tej samej chwili rzucam się do prawego wędziska. Tego, które do tej pory dawało tylko sporadyczne brania. Jest blisko mojego hot spota, ale dotąd było raczej nieaktywne. Znowu cofam się o kilka kroków z wędką i czuję bardzo silne ciągnięcie. Wieczorem po prostu przychodzą ładne ryby.

Powoli wyciągam rybę od przeszkody, ale tym razem zachowuje się inaczej. Zamiast ciągnąć prosto z powrotem do leżącego drzewa, kieruje się na drugi brzeg po prawej. Tam przecież nic nie ma. Tam nie ma szans…

Błąd. Karp doskonale wie, co robi – to ja jestem tutaj tym, który nie ma pojęcia.

Nagle żyłka zaczyna ocierać się o coś i zacinam się. Jeszcze przez chwilę czuję na drugim końcu szarpaną rybę, ale po chwili opór zanika – i tracę karpia.

Mamy więc nową przeszkodę. Taką, której dotąd żaden karp nie wykorzystał. Może to resztka starego pnia, może korzeń, a może po prostu duża gałąź – nie wiem, nic nie widać nad powierzchnią

Szybko przygotowuję wędkę i ponownie zarzucam. Do końca doby łowienia została jeszcze godzina… zobaczymy. Tym razem nic się już nie dzieje i znów się kładę. Przygotowuję przynęty na ran

Tylko jedna broń

Przed nami ostatni dzień łowienia. Noc była totalnym szaleństwem, czuję się, jakbym w ogóle nie spał. Chwileczkę… ja naprawdę nie spałem! O czwartej rano byłem kompletnie rozbity. Spróbowałem jeszcze o piątej – nadal wrak – ale muszę się zmobilizować. Planowaliśmy wyjazd w południe, więc może coś jeszcze się wydarzy. Wysyłam zestawy na swoje stałe miejscówki i znowu się kładę. Ale nie na długo.

Jest lekko po szóstej, a ja wyskakuję prosto ze śpiwora do prawego kija. Ryba znowu wydaje się być z nieco wyższej kategorii wagowej, a ku mojemu przerażeniu kieruje się dokładnie w to samo miejsce, co karp w nocy. Znowu ją tracę – i tym razem również cały zestaw. Nie mam pojęcia, co tam jest na dnie, ale kiedy tam wpłynie, jestem bez szans

Jestem kompletnie zdemotywowany i potwornie zmęczony. Mimo że zostało mi jeszcze dobre pięć godzin łowienia, opieram wędkę o namiot i idę spać.

Nie minęło nawet pół godziny, a tu kolejna akcja – oczywiście na drugi kij z miejscówki. Tym razem karp trzyma się klasycznego scenariusza i po chwili ląduje w podbieraku. To mały karp, jakieś cztery kilo. Przynętę tylko moczę w dipie, dorzucam PVA i wysyłam z powrotem.

Zestaw jest w wodzie nieco ponad pół godziny i kij znowu się wygina. Tym razem, mimo że to branie z miejscówki, ryba od razu rusza w stronę feralnej przeszkody. Jestem pewien, że znów ją stracę. Żyłka szoruje, ślizga się po czymś – i nagle ryba jest wolna. Uff! Co za ulga.

Tak jak większość poprzednich ryb, ten karp ma sporo siły – kilka razy odjeżdża – ale ostatecznie ląduje w podbieraku. Piękny pełnołuski, jakieś sześć kilo. Szybko odhaczam i wypuszczam z powrotem.

Pełnołuski karp o wadze 4 kg spoczywa w podbieraku tuż po schwytaniu.

Jeszcze tylko ostatni rzut i idę na śniadanie oraz zaczynam pakowanie. A przynajmniej taki był plan. Ale – jeden kij zostawiłem w wodzie… i akcja trwa aż do samego końca.

Chwilę po śniadaniu znów mierzę się z kolejnym wojownikiem. Tym razem to mniejsza ryba, a dzięki sporemu doświadczeniu w wyciąganiu innych z zaczepów dokładnie wiem, co robić. Udaje mi się ją wprowadzić do podbieraka bez większych problemów.

Do tej pory, z dwoma wyjątkami, łowiłem wyłącznie pełnołuskie. Na pożegnanie – za trzecim razem – pojawił się lustrzeń. Lustrzeń jak tafla szkła. Ryba waży poniżej pięciu kilo i jest prawie tak wysoka, jak długa. Pięknie ubarwiony mały lustrzeń z wyraźnym wzorem łusek przy płetwie ogonowej.

Zbliżenie na płetwę ogonową i łuski karpia lustrzenia na macie

Wypuszczam rybę i zaczynam się pakować, część sprzętu rozkładam do wyschnięcia na słońcu. Jak już wspomniałem – i nie mogę się powstrzymać, by tego nie powtórzyć – ten wyjazd był perfekcyjny. Niewiarygodny. Właśnie tak wyobrażam sobie początek sezonu

Pakuję się, podsumowuję, analizuję. I mimo całego zmęczenia czuję się naprawdę dobrze. I to jest najważniejsze. To właśnie dlatego to robię. Dlaczego tak bardzo kocham wędkarstwo i przebywanie na łonie natury.

Ironia losu, czyli koniec Hot Spotu

Za każdym razem, gdy dopisywałem kolejne fragmenty tego artykułu i uzupełniałem go po każdym przeżytym przygodzie, myślałem, że lepiej już być nie może. Albo że nic mnie już nie zaskoczy. A jednak nie miałem pojęcia, jaki ciąg wydarzeń czeka mnie na sam koniec.

Większość sprzętu jest już prawie sucha, a do planowanego wyjazdu zostało jakieś pół godziny. Ostatnia – a właściwie jedyna – wędka leży w wodzie raczej z przyzwyczajenia. Stopniowo czyszczę namiot, który mniej więcej do pół metra od ziemi jest cały w błocie po wczorajszej ulewie. Wszędzie śpiewają ptaki, brzęczy owady, piękny, ciepły dzień pełen kolorów i życia – dokładnie taki, jak to bywa po deszcz

I nagle… tę idealną sielankę przerywa potworny hałas i ogromny plusk na powierzchni wody. Odwracam się – i nie wierzę własnym oczom.

Drzewo, pod którym przez cały czas łowiłem – miejsce, które działało tak perfekcyjnie – zniknęło. Drzewo nie wytrzymało i całkowicie przewróciło się do wody. Oczywiście dokładnie na to miejsce.

Miejsce, które tak często odwiedzały ryby. Miejsce, które z jakiegoś powodu było inne. Patrząc na kąt żyłki, wygląda niemal tak, jakby była tam mała dziura tuż pod gałęziami starego pnia. Myślę, że to koniec tego miejsca. Z tymi gałęziami leżącymi tam teraz, po prostu nie da się tam już łowić.

Przewrócone drzewo w rzece, uniemożliwiające dalsze łowienie w dawnym, dobrze działającym miejscu.

Już teraz wiem, że przeżyłem coś, co nigdy się nie powtórzy. Nikt już nie doświadczy tego miejsca w takiej formie, jak ja. Ten moment wszystko przypieczętowuje i czyni to jeszcze silniejszym, jeszcze bardziej wyjątkowym.

Stoję, patrzę, jestem kompletnie zdezorientowany. I nagle dochodzi do mnie… wędka wciąż jest w wodzie. I zgadnij gdzie?

Dokładnie pod przewróconym drzewem.

No to świetnie! Więc zostawiam tam cały zestaw… Świetnie, naprawdę świetnie!

Ironia podwójna

Biorę wędkę do ręki i wiem, że mam problem. Zestaw nie chce się ruszyć z miejsca. Kilka razy próbuję mocniej pociągnąć i nagle drugi koniec zaczyna się luzować. Oddycham z ulgą, ale walka jeszcze się nie skończyła. Czuję, że zahaczyłem o złamany konar, który stawia duży opór. Próbuję kilka razy mocniej pociągnąć, żeby go zrzucić.

Ale zamiast opaść, gałąź nagle zaczyna przesuwać się na bok.

Przez chwilę zastanawiam się, czy zwariowałem, czy to jakiś dziwny kłoda, która dzięki kierunkowi ciągnięcia i oporowi wody porusza się ścieżką najmniejszego oporu. Sekundę później wiem – i nie mogę w to uwierzyć.

Na końcu jest karp. I jest zaskoczony tak samo jak ja.

Absolútne nechápem, ako sa to mohlo stať. Je možné, že strom spadol presne v momente záberu a uväznil kapra? Alebo záber nastal presne v tom istom okamihu, keď som zdvíhal prút? Alebo sa len píchol a zostal stáť na mieste a čakal, čo bude? To už asi nikdy nezistím, ale je to neuveriteľný záver. Keby mi niekto rozprával tento príbeh, uverím asi polovici a zvyšok budem brať s rezervou.

Tym samym moja przygoda nad tym zapomnianym łowiskiem naprawdę dobiega końca. Ładujemy cały sprzęt z powrotem do samochodu i ruszamy do domu.

Ledwo opuściliśmy to niezapomniane miejsce, znów zaczyna padać deszcz – jak kurtyna w teatrze, kończąca tę historię.

Historia z zapomnianego łowiska, pełna zapomnianych ryb.

Zbliżenie na kołowrotek leżący w mokrej trawie po deszczu, obok ślimak – symbol spokoju po wyprawie.

Najlepsze historie rozchodzą się po cichu. Od wody do wody. Od wędkarza do wędkarza. Dołącz do tych, którzy schodzą głębiej.

Zdobądź też historie i treści, których nie zobaczysz nigdzie indziej.

Subskrybuj wpisy

Dla Specimen Hunter

Michal Jakoubek

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

Udostępnij historię

Szybka nawigacja
David Dauchy – Specimen Hunter

David Dauchy

Francja

Fotograf, filmowiec, pisarz i miłośnik poezji

Znany z
  • Wieloletnia działalność w kierownictwie Gardner Tackle France
  • Aktualne partnerstwo z markami Forge Tackle i BlackDeere
  • Międzynarodowa działalność publikacyjna (Carpe Scene Collector, KaproMánie i inne)
  • Filozofia „Nowoczesnego nomady” i odkrywanie zapomnianych łowisk

David Dauchy jest w zespole Specimen Hunter ucieleśnieniem tego „cichego głosu”, który nadaje nowoczesnemu karpiarstwu literacki i wizualny wymiar. Dla Davida pobyt nad wodą nie jest dążeniem do mechanicznego sukcesu, lecz głęboką autorefleksją i sposobem zamieszkiwania czasu. Jego droga zawodowa budzi szacunek. Przez długie lata kształtował oblicze francuskiego przedstawicielstwa legendarnej marki Gardner Tackle, co dało mu ogromną wiedzę fachową i szacunek w całej Europie. Dziś jednak kieruje swoją energię ku projektom, które mocniej rezonują z jego obecnym nastawieniem. Jako nowoczesny nomada nie szuka prestiżu na komercyjnie eksponowanych łowiskach, lecz odnajduje prawdziwą przygodę w zapomnianych wodach, tam, gdzie natura pisze własne historie bez ludzkiego hałasu. Jego drogę definiuje powrót do prostych radości i uczciwej jakości, a tę postawę przenosi także do swojej obecnej pracy dla marek Forge Tackle i BlackDeere.

Jego autorski styl jest utkany z poezji i głębokiego szacunku do detalu. David nigdy nie wyrusza nad wodę bez swojego notesu; pióro i papier są dla niego narzędziami równie ważnymi jak wędki. Z niezwykłą wrażliwością potrafi uchwycić wieczność ukrytą w karpich łuskach, fakturę światła na powierzchni wody albo poczucie absolutnej samotności pod gwiazdami. W jego ujęciu wędkarstwo staje się aktem oporu wobec współczesnego pośpiechu, hałasu i powierzchowności. To powolna filozofia, w której najważniejsze jest „bycie w teraźniejszości”, kiedy wędkarz staje się organiczną częścią krajobrazu, a nie jego zdobywcą. David wierzy, że prawdziwe wędkowanie zaczyna się od czekania i słuchania, na długo przed pierwszym rzutem.

Jako fotograf i filmowiec nie skupia się na dokumentowaniu technicznego triumfu, lecz na uchwyceniu ulotnego nastroju chwili. Jego wizualny styl jest nie do pomylenia dzięki swojej oniryczności i fascynacji estetyką naturalnych form. Podziwia stare linie karpi, ich historię i wyjątkowość każdego detalu, który postrzega jako żywe pismo natury. Dla Davida wędkarstwo jest dialogiem między wewnętrzną ciszą a niewidzialnym światem pod powierzchnią. Do projektu Specimen Hunter wnosi szlachetny, kuratorski pierwiastek, który przypomina nam, że za każdą napiętą żyłką kryje się próba głębszego połączenia z żywiołami. To nomada, który uczy nas na nowo czuć, zaczerpnąć oddechu i postrzegać świat w przestrzeni między niebem a wodą.

Tomáš Chylák – BARBAR

Tomáš Chylák – BARBAR

Słowacja

Karpiarz, konsultant marek, twórca treści

Znany z
  • Systematyczne testowanie sprzętu karpiowego w realnych warunkach
  • Współpraca z markami Speedy BAITS, KarpMánia i KATRAN Fishing Line
  • Autor publikujący w magazynie Slovenský rybár i na platformie Specimen Hunter
  • Kreatywna produkcja treści wideo i formatów edukacyjnych z naciskiem na autentyczność

Tomáš Chylák, znany w społeczności wędkarskiej pod pseudonimem Barbar, reprezentuje we współczesnym karpiarstwie głos, który szuka odpowiedzi w detalach i rzetelnym testowaniu. Choć celowemu łowieniu dużych ryb intensywnie poświęca się od ostatnich czterech lat, jego droga definiowana jest przez wyjątkowo szybki progres. Podejście Tomáša nie opiera się na przypadku, lecz na budowaniu zaufania do systemu, od wyboru odpowiedniej żyłki aż po precyzyjną prezentację przynęty. Dla niego sprzęt nie jest tylko produktem, ale narzędziem do zrozumienia zależności pod powierzchnią.

Jego wędkarski świat definiuje kontrast. Na małych wodach stojących szlifuje swoją cierpliwość i wyczucie detalu, gdzie każdy ruch i właściwy wybór taktyki decydują o sukcesie pod silną presją. Z kolei na rozległych akwenach, takich jak Zemplínska šírava, szuka wolności i przestrzeni do szerszego myślenia. Właśnie to balansowanie między intymnym światem małych starorzeczy a nieskończonym horyzontem wielkich zapór postrzega jako kluczowy element własnego rozwoju i zrozumienia rybich instynktów.

Istotną częścią tożsamości Tomáša jest dzielenie się doświadczeniem. Jako autor i twórca treści nie dąży jedynie do prezentowania połowów, lecz do przekazania prawdziwej atmosfery znad wody. Jego twórczość, od specjalistycznych artykułów po dynamiczne formaty wideo, łączy wartość edukacyjną z dystansem i humorem. Tomáš rozumie, że współczesne karpiarstwo wymaga nowoczesnego języka, ale jego rdzeń, cisza, skupienie i szacunek do przyrody, musi pozostać niezmienny.

Jako tester współpracujący z czołowymi markami kładzie nacisk na praktyczną użyteczność w sytuacjach, które naprawdę decydują o wyniku. Jego celem nie jest ilość, lecz głębia przeżycia i umiejętność przekazania dalej tego, czego nauczył się nad wodą. W ten sposób naturalnie uzupełnia mozaikę osobowości tworzących świat Specimen Hunter.

Radek Švec – Specimen Hunter

Radek Švec

Czechy

Wędkarz, redaktor, łowca dużych karpi

Znany z
  • Długoterminowe skupienie na łowieniu największych karpi w Europie
  • Redaktor naczelny magazynu Rybářství
  • Były redaktor naczelny Lovkapra.com
  • Autor publikujący w czeskich i zagranicznych mediach wędkarskich
  • Członek zespołów Fox International i Schmidt Experience

Radek Švec należy do wędkarzy, którzy wybrali wąską i wymagającą drogę. Zamiast szerokiego zakresu działania od lat skupia się na jednym celu: systematycznym łowieniu naprawdę dużych karpi. Nie jako epizodzie ani wyzwaniu jednego sezonu, lecz jako życiowym kierunku, który wymaga czasu, dyscypliny i umiejętności akceptowania długich okresów bez efektów.

Jego rozwój wędkarski zaczynał się od spławika i spinningu, gdzie już w młodym wieku zaznaczał swoją obecność także na poziomie zawodniczym. Stopniowo jednak odszedł od wyniku mierzonego punktami i miejscami w klasyfikacji na rzecz wyniku mierzonego cierpliwością. Od ostatnich dziesięciu lat zajmuje się wyłącznie łowieniem dużych karpi, za którymi podróżuje po Europie i wielokrotnie wraca w te same miejsca, aż naprawdę je zrozumie.

Na swoim koncie ma dziesiątki karpi powyżej 30 kilogramów oraz ryby przekraczające granicę 70 funtów z pięciu różnych krajów Europy. W 2019 roku udało mu się przekroczyć granicę 40 kilogramów, którą wielu karpiarzy postrzega jako symboliczną metę. Te wyniki nie są przedstawiane jako jednorazowe rekordy, lecz jako efekt długotrwałej presji na samego siebie, logistykę, przygotowanie i umiejętność pracy z porażką.

Obok wędkarstwa wyraźnie zaznaczył swoją obecność także na scenie medialnej. Jako autor opublikował dziesiątki artykułów w czeskich i zagranicznych magazynach, a w latach 2021–2025 prowadził internetowy magazyn Lovkapra.com. Od 2025 roku pełni funkcję redaktora naczelnego magazynu Rybářství, gdzie działa na styku pracy redakcyjnej, zarządzania treścią i kształtowania kierunku jednego z najdłużej ukazujących się tytułów wędkarskich w kraju.

Podejście Radka jest proste i otwarte. Duża ryba nie jest dla niego metaforą, lecz celem. Nie szuka skrótów ani wymówek, akceptuje ryzyko, że większość wypraw zakończy się bez brania, i wychodzi z założenia, że ekstremalny wynik wymaga ekstremalnego skupienia. Właśnie ta jednoznaczność czyni z niego wyrazisty kontrapunkt dla innych wędkarskich podejść i ważny głos w szerszym spektrum Specimen Hunter.

Michal Jakoubek – Specimen Hunter

Michal Jakoubek

Specimen Hunter

Założyciel Specimen Hunter, filmowiec, fotograf, autor

Znany z
  • Założyciel Specimen Hunter i SpecimenHunter TV
  • Założyciel Specimen Productions s.r.o.
  • Autor całościowej wizji, identyfikacji wizualnej i struktury platformy
  • Filmowiec, fotograf i copywriter
  • Założyciel projektów WERM studio i Carpblogger.com

Michal Jakoubek był przy narodzinach Specimen Hunter od samego początku. Nie tylko jako jego założyciel, lecz jako człowiek, który nadał platformie kierunek, rytm i kształt. Specimen Hunter nie powstał jako zbiorowy kompromis, lecz jako jasno prowadzona wizja, za którą stoi jedna głowa i długofalowa praca.

Jest filmowcem i fotografem, ale zarazem autorem tekstów, koncepcji oraz technicznego rozwiązania całej platformy. Uczestniczy w każdej warstwie projektu, od identyfikacji wizualnej, przez treści, aż po strukturę strony i pracę z językiem. Jego teksty ukazują się w różnych magazynach i czasopismach, zawsze z naciskiem na kontekst, spokój i opowieść.

SpecimenHunter TV jest naturalną kontynuacją tej drogi. Nie jako szybki format, lecz jako przestrzeń dla filmów, które pracują z ciszą, czasem i atmosferą. Dla treści, które nie tłumaczą wędkarstwa, ale nadają mu sens. Właśnie ta kombinacja autorskiej kontroli i otwartej przestrzeni definiuje Specimen Hunter jako całość.

Redakcja – Specimen Hunter

Redakcja

Specimen Hunter

Wspólny głos platformy

Specimen Hunter w pigułce
  • Platforma medialna łącząca wędkarstwo, przyrodę i filmową opowieść
  • Projekt oparty na głębokim kontekście zamiast szybkiej konsumpcji treści
  • Przestrzeń dla autorów, filmowców i twórców bez presji promocji produktowej
  • Kuratorowany ekosystem artykułów, filmów i myśli, które nadają wędkarstwu szersze znaczenie

Redakcja to podpis, którego używamy wtedy, gdy artykuł nie jest osobistą autorską opowieścią jednej osoby, lecz głosem Specimen Hunter jako całości. To treść, która reprezentuje stanowisko platformy, jej kierunek i sposób, w jaki myślimy o wędkarstwie, przyrodzie i mediach.

Teksty redakcyjne powstają tam, gdzie spotyka się praca kilku osób. Często uczestniczy w nich autor, redaktor, tłumacz lub kurator treści. Nie są subiektywnym spojrzeniem jednego wędkarza nad wodą, lecz tekstami, które mają nadawać rzeczom kontekst, wyjaśniać zależności i nazywać stanowiska, za którymi stoi platforma.

Jeśli artykuł jest podpisany jako Redakcja, oznacza to, że ma reprezentować Specimen Hunter jako zespół i projekt. Bez dodatkowych emocji, bez osobistych ambicji, bez presji na wynik. Tylko spokojny, zrozumiały i odpowiedzialny głos platformy.

Lukáš Krása – Specimen Hunter

Lukáš Krása

Czechy

Twórca zanęt i przynęt, wędkarz, autor

Znany z
  • Autor dwóch fundamentalnych książek o karpiarstwie
  • Wieloletni współpracownik czeskich i zagranicznych magazynów
  • Jedna z cenionych postaci europejskiej sceny karpiowej
  • Założyciel LK Baits, LK Baits Pet i współzałożyciel Rybářství Sahara

Lukáš Krása należy do ludzi, którzy kształtowali nowoczesne spojrzenie na karpiarstwo nie tylko wynikami nad wodą, ale przede wszystkim sposobem myślenia. Jest autorem dwóch książek, które stały się trwałą częścią literatury wędkarskiej, a jego teksty od lat ukazują się w czeskich i zagranicznych magazynach. Nie są to poradniki ani instrukcje produktowe, lecz próba zrozumienia ryby, wody i zależności, które na pierwszy rzut oka kryją się pod powierzchnią.

Jego podejście wyrasta z głębokiego zainteresowania biologią karpia, naturalnymi sygnałami pokarmowymi i zachowaniem ryb w czasie. To właśnie ta potrzeba zrozumienia, a nie pogoń za szybkimi wynikami, stopniowo doprowadziła go także do własnego rozwoju przynęt i powstania marki LK Baits. Technologia i innowacje nigdy nie były dla niego celem samym w sobie, lecz środkiem do weryfikowania myśli, o których pisze i nad którymi się zastanawia.

Mimo międzynarodowego uznania i długiej drogi, którą przeszedł, jego spojrzenie na wędkarstwo pozostaje zaskakująco proste. Ryba nie jest trofeum, a sukces nie jest liczbą. Ważny jest proces, obserwacja i historia, która rozgrywa się jeszcze przed braniem. Właśnie ten spokojny, analityczny i ludzki głos sprawia, że Lukáš pasuje do świata Specimen Hunter.

Szybka nawigacja
To jest twoja scena

🔔 Specimen Hunter zaczyna się od ciebie 🔔

Treści premium. W czasie rzeczywistym. Dla tych, którzy idą głębiej.
Dostaniesz też historie i treści, których nie zobaczysz nigdzie indziej.

Formularz subskrypcji

🔒 Bez spamu. Tylko historie, których warto posłuchać.